O pewnej książce, wyciecze na północ i grochówce z chlebem

Name more iconic way, żeby połączyć podróże, historię kobiet i sztukę.

Polecono mi swego czasu książkę „Kobiety, o których myślę nocą” Mii Kankimaki – która opowiada o podróżniczce podążającej śladami (dosłownie) postaci kobiecych, o których z różnych powodów nie może przestać myśleć. Pisarki, malarki, performerki, podróżniczki, naukowczynie – you name it. Razem z główną bohaterką podróżujemy więc do Afryki, żeby spotkać się z Karen Blixen, duńską pisarką, czy do Japonii, żeby wytropić Yayoi Kusamę, osobliwą artystkę (którą po przeżyciu imponujących 97 lat w tym roku pożegnaliśmy). Samotne podróże autorki, jej refleksje o tym, co kobiety mogły, czego nie mogły (a co i tak zrobiły) i w końcu poczucie przedziwnej energii tętniącej w miejscach, w których kobiety te pozostawiły swój ślad – wszystko to wydawało się dziwnie znajome. Aż w końcu dotarło do mnie, że i ja mam swoje kobiety, o których myślę nocą, co więcej – których śladami podróżuję.

Musiałam zatem poszukać jakiegoś swojego sposobu, by zacząć porządkować i układać te podróże i wrażenia – jak nadać kształt i obraz czemuś, co jest tak nieuchwytne i tak zarazem odczuwalne? Kolaż, grafika, wszystko to wydawało się zbyt proste, zbyt szybkie – chciałam zakląć w tych pracach czas, nie tylko ten poświęcony samej podróży, ale głównie ten poświęcony później na refleksje. Sam proces tworzenia miał być niejako przedłużeniem całej wyprawy.

Wbrew pozorom lubię porządek. Lubię powtarzalne schematy, swego rodzaju rutynę, modele i wzorce, które są proste i logiczne. Podróży będzie wiele, więc zdecydowanie potrzebny jest wzór – plastyczny i uniwersalny. Zdjęcie z miejsca, gdzie tę osobliwą tętniącą energię da się odczuć, do tego uosobienie postaci, której śladami podążałam, tak więc – kolaż, przerobiony następnie na wzór do haftu, liczącego 10 000 ręcznie wyszywanych krzyżyków, a potem już tylko czas. Mnóstwo czasu.

Kolaż na podstawie zdjęcia z pierwszej wyprawy, wzór na haft na jego podstawie

Haftuję na kanapie, w łóżku, na zielonym fotelu w domu rodziców. Na twardych, metalowych krzesłach lotnisk, na dworcach. W pociagach, samolotach, w niedzielę rano i w piątek wieczorem. Wracam wtedy myślami do pierwszej wycieczki śladami pewnej osobliwej kobiety – Sydonii von Borck, pomorskiej szlachcianki oskarżonej o czary po tym, jak wypowiedziała jedno niewłaściwe zdanie w niewłaściwym czasie i niewłaściwym miejscu. Śmignęłam wtedy autem na północ, najpierw zobaczyć w Muzeum Narodowym w Szczecinie podwójny portret Sydonii, następnie Zamek Książat Pomorskich, którzy mieli w tej tragedii swój udział, a na koniec creme de la creme – klasztor w Marianowie, gdzie Sydonia spędziła ostatnie lata życia.

Piekielny żar lał się z nieba, a miasteczko było bardzo ciche. Obchodząc klasztorny obszar moją uwagę przykuła waląca się drewniana brama, na którą słońce świeciło w taki sposób i pod takim kątem, że zdawało się, jakby cień układał się w więzienne kraty. Czas na chwilę się zatrzymał, gdy zastanawiałam się jak wiele widziało to spróchniałe drewno i czego świadkiem były uginające się pod ciężarem jabłek drzewa przy klasztorze. Pstryk, zdjęcie.

Idąc dalej tropem pojedynczych dźwięków dobiegających z oddali dotarłam przypadkiem nad jezioro, a tam – festiwal Lato z Sydonią. Zakupić można: wino z winnicy Sydonia, świeczki inspirowane Sydonią, parę książek i grochówkę z chlebem do zjedzenia na miejscu. Festiwal odbywa się rokrocznie, w tym roku w programie znajdujemy: warsztaty wypieku chleba, plażowa ZUMBA – zajęcia dla chętnych, standup oraz koncerty gwiazd. Cel festiwalu: upamiętnienie Sydonii von Borck, promocja lokalnej kultury oraz integracja lokalnej społeczności. Wydarzenie współfinansowane z budżetu Województwa Zachodniopomorskiego. Jak dla mnie bomba. 

"Ślady. Sydonia", haft krzyżykowy

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Shopping Cart
Scroll to Top